Ponad 99% psów ma problem z zachowaniem. Może czas zadać sobie niewygodne pytanie.
Był sobie pies. Kundel, mieszaniec, cokolwiek. Właścicielka – Kasia – naprawdę się starała. Czytała, słuchała podcastów, synchronizowała się z psem, chodziła na szkolenie. Tylko nagrody, żadnego przymusu, pełen szacunek dla psiej podmiotowości. I przez trzy lata nosiła w torebce suszone mięso z wolnego wybiegu, bo przecież pies zasługuje na to, co najlepsze. Problem w tym, że Figo – tak miał na imię – przy każdym napotkaniu obcego psa zamieniał się w coś, co z “wesołym kumplem do zabawy” miało tyle wspólnego co huragan z łagodną bryzą.
Kasia robiła wszystko “jak trzeba”. Skąd więc brała się ta bezradność w oczach, kiedy opisywała kolejną “wpadkę” na spacerze?
Badanie opublikowane w Journal of Veterinary Behavior, przeprowadzone na bazie danych ponad 50 tysięcy psów z programu Dog Aging Project, przyniosło wynik, który powinien zatrzymać każdego, kto zajmuje się psami zawodowo. Ponad 99% psów w Stanach Zjednoczonych wykazuje zachowania potencjalnie problematyczne. Najczęstsze kategorie to agresja (55,6% psów), zachowania związane z separacją i przywiązaniem (85,9%) oraz strach i lęk (49,9%).
99%.
Nie “wiele”. Nie “spora część”. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent.
I tu pojawia się pytanie, które – o dziwo – rzadko pada głośno w środowisku szkoleniowym: jeśli przez ostatnich kilkanaście lat dominującym paradygmatem w szkoleniu psów jest podejście oparte wyłącznie na nagradzaniu, to dlaczego mamy do czynienia z taką skalą problemów behawioralnych?
Zanim ktokolwiek poczuje się wywołany do tablicy – nie piszę tego, żeby rehabilitować metody, które powodują ból i strach. Badania są tu jednoznaczne i nie zamierzam z nimi dyskutować. Istnieje rosnące dowody naukowe na to, że trening z użyciem bodźców awersyjnych negatywnie wpływa na dobrostan psów. To nie jest kwestia opinii.
Ale jest inne pytanie, które warto postawić: czy nagradzanie zachowań – samo w sobie – wystarczy, żeby pies żył spokojnie w świecie, do którego ewolucyjnie nie był projektowany?
Bo jest coś, co umyka w tej całej debacie metodologicznej.
Dyskutujemy o narzędziach. Przeklikujemy się między “tylko pozytywnie” a “zrównoważone” jak między zakładkami w przeglądarce. Tymczasem autorka badania, dr Bonnie Beaver z Texas A&M, podkreśla, że agresja jest normalnym zachowaniem u zwierząt i zawsze ma jakiś powód – strach, poczucie zagrożenia, reakcja na kontekst. Normalne zachowanie. U 55% psów.
To nie jest problem ze szkoleniem.
To może być problem z życiem,
jakie fundujemy psom w imię miłości do nich.
Pies, który dostaje smakołyk za każde spokojne minięcie innego psa, uczy się jednej konkretnej rzeczy: w określonej sytuacji opłaca się zachować w określony sposób. To wartościowe. Naprawdę. Ale to jest uczenie się zachowania – nie zmiana stanu emocjonalnego, z którego to zachowanie wynika.
Można nauczyć psa, że siedzi, kiedy mija go rower. Trudniej nauczyć go, że rower to nie zagrożenie.
I tu leży sedno problemu, o którym rzadko mówimy wprost: ogromna część psich problemów behawioralnych bierze się z lęku, niepewności, chronicznego pobudzenia – stanów wewnętrznych, których żaden ciasteczek nie adresuje bezpośrednio. Nagradzamy zachowanie. Stan zostaje.
Wróćmy do Figa i Kasi.
Kasia robiła wszystko zgodnie z podręcznikiem. I przez pewien czas to działało – Figo brał smakołyk, mijał psa, siadał przy nodze. Ale coś w tym wyglądało mechanicznie. Jakby Figo nie tyle czuł się bezpiecznie, co wiedział, że jak się zachowa w określony sposób, to dostanie nagrodę. Różnica subtelna? Tylko z pozoru.
Bo pies, który jest spokojny, bo jest spokojny – radzi sobie, kiedy nie ma smakołyka, kiedy właściciel jest rozproszony, kiedy sytuacja jest nowa. Pies, który jest spokojny, bo nauczył się, że spokojność jest opłacalna – potrzebuje ciągłego zarządzania sytuacją (management), żeby to działało.
Weterynarze i właściciele powinni nadawać priorytet rozumieniu i zarządzaniu tymi zachowaniami, a edukacja właścicieli w zakresie psiej mowy ciała może pomóc zapobiegać niebezpiecznym sytuacjom. Rozumienie i zarządzanie. Nie “wyleczenie”. Nie “rozwiązanie”. Zarządzanie.
To uczciwe przyznanie się do skali trudności problemu. I dobrze, że nauka mówi to wprost.
Mam wrażenie, że jako środowisko – trenerzy, behawioryści, edukatorzy psiarzy – wpadliśmy w pewną pułapkę narracyjną. Przez lata walczyliśmy o słuszną sprawę: żeby psy nie były bite, szarpane, straszone. To była ważna walka i wiele z niej wygraliśmy. Ale gdzieś po drodze “nagradzaj zamiast karać” stało się “nagradzaj i wszystko będzie dobrze”.
A wszystko nie jest dobrze. Statystyki mówią jasno.
Może pytanie nie brzmi: “kara czy nagroda?” Może pytanie brzmi: “co tak naprawdę zmienia stan emocjonalny psa na trwałe?” I skąd się bierze epidemia psiego lęku w epoce, gdy psim dobrem zajmujemy się jak nigdy dotąd?
Na te pytania nie mam gotowych odpowiedzi. Mam za to podejrzenie, że szukamy ich w złym miejscu – w narzędziach, zamiast w środowisku, relacji i tym, czego psom naprawdę brakuje, żeby czuć się bezpiecznie w ludzkim świecie.
Figo nadal chodzi na spacery z torebką pełną mięsa z wolnego wybiegu. Postępy są. Małe, ale są. Kasia przestała jednak wierzyć, że to tylko kwestia metody szkoleniowej.

